Pogoda dopisała nam bardziej niż wspaniale. Wiadomo, że upały nie odpuszczały przez ostatnie tygodnie, co zaowocowało trawnikami wyglądającymi niczym ścierniska i tak niskim poziomem wody w studni, że pewnego dnia pompowaliśmy praktycznie samo błoto. Dobrze, że wodę do picia i tak wozimy w butlach, bo nigdy nie wiemy co czeka nas po przyjeździe. Ostatnio ukradli nam pompę i nie mieliśmy dostępu do wody, dopóki nie pognaliśmy do sklepu po nową.
Oprócz pracy, były też wieczory przy ognisku, nie tyle z potrzeby dogrzewania się wieczorami, ile z konieczności spalenia tego wszystkiego, co do spalenia się nadaje. Szkoda, że młode kartofelki nie nadają się na pieczenie w ognisku - brakowało mi tego smaku, ale i tak było obozowo. Nawet wyrwałam się z próbą śpiewu, która została natychmiast oprotestowana, jako że mój śpiew słynie wśród znajomych i rodziny z wyjątkowego "piękna". Zdaję sobie z tego sprawę, ale czasem mnie ponosi i czuję, że muszę, bo przecież "śpiewać każdy może trochę lepiej lub gorzej". No to ja śpiewam gorzej :)))
Ostatniego dnia odwiedziły nas też dzieci i załapały się polowy obiad na świeżym powietrzu, zachwycone, że nie muszą same gotować i zmywać. Uśmiecham się zawsze w duchu, gdy słyszę takie stwierdzenia z ust mojej córki i przypominam sobie, jak to było, gdy jeszcze mieszkałyśmy razem. W głowę zachodziłam, jak ona poradzi sobie w życiu z prowadzeniem domu i pracą zawodową. Patrzyłam na bałagan w jej pokoju, na lenistwo i niechęć do jakiejkolwiek aktywności w domu i nie wierzyłam w cudowną odmianę mojego dziecka. A teraz jakoś w domu ma posprzątane, robi zakupy, gotuje i daje sobie radę. Chyba większość matek ma takie obawy w stosunku do swoich dzieci. Potem okazują się kompletnie nieuzasadnione, bo gdy dziecię usamodzielnia się i nie ma za sobą "niewidzialnej ręki", która wszystko robi, bo ma dość powtarzania w kółko "zrób to", "zrób tamto", nagle okazuje się, że w jakiś nikomu niezrozumiały, cudowny sposób to właśnie dziecię we własnym już domu dokładnie wie o co chodzi. Ja też byłam bałaganiarą, ale miewałam fazy, gdy potrafiłam wyszorować całe mieszkanie od stóp do głów i pracowałam jak w transie. Do dzisiaj moja mama wspomina, że gdy wkładałam rano stare brązowe sztruksy, to mogła być pewna, że jak wróci z pracy, to mieszkanie będzie wypucowane. A nie było łatwo utrzymać mieszkanie w czystości przy dwóch psach. Ale co to znaczy dwa psy, gdy teraz mam trzy, a na działce było ich z nami pięć. Trzeba jednak przyznać, że świetnie się dogadywały i nie było żadnych konfliktów psich do rozwiązywania. A oto psie życie na działce:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za odwiedziny na moim blogu. Proszę w komentarzach nie używać wulgaryzmów i podpisać się chociaż imieniem lub nickiem. Pozdrawiam :)