I tak nie wiedzieć kiedy znów mamy Święta i znowu biegamy i krzątamy się, żeby urządzić je zgodnie z tradycją. Tylko co tak naprawdę jest tą tradycją? Co ta tradycja oznacza? Czy na pewno stół uginający się od 12, 13 a często i więcej potraw, brzuch nabrzmiały, jakby miał zaraz eksplodować i nerwowy pośpiech, żeby wszystko zdążyć zaserwować, podać, bo potem zostanie i się popsuje? Czy tradycja to tłum ludzi w domu, którzy niekiedy ten czas uważają za jedyną okazję do "pokazania się" i zagrania na niższych uczuciach innych członków rodziny? Czy tradycją jest góra prezentów od Mikołaja, które wieziemy do domu z poczuciem zawodu, że Mikołaj chyba nie specjalnie przejął się wyborem prezentu dla nas? No cóż, dla wielu ludzi to właśnie są Święta. Przykre, pozostawiające w nich gorycz. Najczęściej obiecują oni sobie, że już nigdy więcej. Następne będzie lepiej spędzić samemu, ale w spokoju i zgodnie z własnymi upodobaniami. Po czym za rok znowu zaczyna się wyścig na prezenty, stroje, zastawy itp. A wszystko to podlane uśmiechami nr 5, przeznaczonymi specjalnie na takie okazje i nie mającymi nic wspólnego z tym, co nam w duszy i sercu gra.
A przecież Święta i cały okres je poprzedzający powinny być czasem zadumy, zastanowienia się nad sensem życia, nad uczuciami, jakie żywimy dla najbliższych, czasem pokory i wdzięczności za całe dobro, jakiego doświadczamy. Czasem zastanowienia się nad czymś ważniejszym niż coroczny jarmark świecidełek i obłudy.
Zauważyłam, że tak naprawdę niewiele osób potrafi świętować. Najczęściej w Święta wędrujemy od domu do domu, spieszymy się od jednej Wigilii do następnej. Nigdzie nie jesteśmy, wszędzie wpadamy, dzielimy się opłatkiem, przełykamy coś szybciutko i biegniemy dalej: do rodziców, teściów, siostry, brata, szwagra, dziadków, itp. W rodzinach patchworkowych jest jeszcze więcej kombinacji. W końcu wszyscy odczuwają zadyszkę, ale biegną co tchu do przodu, bo jeszcze tu na nich czekają i tam też. Po części przyczyną tego stanu rzeczy są nasze warunki lokalowe i nie zawsze istnieje możliwość zebrania całej rodziny w jednym miejscu, ale często też jest to efekt konfliktów rodzinnych, z którymi nie potrafimy sobie radzić. Łatwiej więc je omijać biegając od domu do domu. Życie w biegu przenosi się na sposoby świętowania. Nie umiemy już zatrzymać się i być ze sobą, cementować rodziny, wybaczać sobie. Często też sami będąc w konflikcie z kimś, fundujemy innym członkom rodziny Święta, jakich sami nie lubimy.
Klasycznym przykładem tego są dzieci rozwiedzionych rodziców, którzy nie potrafili się rozstać w zgodzie. Po rozwodzie zaczynają być rozrywane przez rodziców i dziadków, którzy wcześniej zbierali się w jednym miejscu i zapewniali im spokojne Święta. Tak było z moją Córką. Po rozwodzie musiała zaliczać dwie Wigilie: u nas i u rodziny ojca. Trwa to latami. Teraz jeszcze doszli jej przyszli teściowie, czyli trzecia Wigilia do zaliczenia (no właśnie: zaliczenia!). Powiedzmy, że Córka już zdążyła przyzwyczaić się do tego szaleństwa i jeden dom mniej czy więcej na trasie świątecznej nie powinien już stanowić większego problemu. Ale mój przyszły zięć wpadł z deszczu pod rynnę. Zanim związał się z moją Córką, obchodził tylko jedne Święta w domu rodziców. Teraz musi polecieć jeszcze do przyszłej teściowej i przyszłego teścia, czyli dostał w pakiecie z moją Córką dwie dodatkowe Wigilie. Zuch chłopak, że jakoś to ogarnia :)
Życzę więc wszystkim, którzy tu zaglądają spokoju, umiaru i zdrowia w te Święta, a wtedy i radość pojawi się sama.

Po II wojnie światowej w Anglii i Irlandii ciągle jeszcze panował purytanizm. Grzechem była cielesność i intymność dwojga ludzi. Młode dziewczyny, którym przytrafił się "grzech" a rodzina nie potrafiła tego zaakceptować i nie chciała zająć się nimi i pomóc im, często trafiały do klasztorów. Tam rodziły i tam ciężko pracowały fizycznie na pokrycie kosztów swojego i dziecka utrzymania. Dziecko mogły widywać przez krótką chwilę raz dziennie, dopóki nie zostało przekazane rodzinie adopcyjnej. Zgoda na przyszłą adopcję była wymuszana przy przyjęciu do klasztoru. Do dziś te stare już kobiety szukają swoich dzieci, po których słuch zaginął a informacje o nich nie są udostępniane.Taki dramat i takie poszukiwania są udziałem bohaterki filmu. Zostawmy to jednak, bo nie chcę opisywać filmu. Najważniejszym dla mnie i zaskakującym momentem jest szczere, bolesne wybaczenie tej kobiety. Tak po prostu wybaczyła. Na oburzenie i gniew towarzysza jej poszukiwań ta prosta kobieta odpowiedziała: "a jak żyć z taką nienawiścią?"